Aktualności


Wywiad z Darvinem Hamem
2012-01-19 16:30:00 | autor: | Komentarze [0]

Darvin HamPo tym jak tydzień temu zaprezentowaliśmy wywiad z Ettore Messinną, pora na przedstawienie kolejnego z asystentów Mike Browna na ławce trenerskiej, Darvina Hama. Jeszcze do niedawna Ham biegał po parkietach NBA, a fani Lakers mogą go pamiętać chociażby z Konkursu Wsadów w 1997 r., w którym zwyciężył Kobe Bryant czy też z Finałów NBA w 2004, gdy jego Detroit Pistons pokonali Lakers 4-1. Darvin spędził na parkietach NBA 8 sezonów, a swoją karierę trenerską rozpoczął w 2008 roku w New Mexico Thunderbirds w lidze D-League. Tłumaczenie wywiadu znajdziecie w rozwinięciu.

Darvin Hum - Konkurs Wsadów 1997Przenieśmy się do czasów dorastania w Saginaw, w stanie Michigan, opowiedz o swoim pierwszym kontakcie z koszykówką.

Jako dzieciak, nie grałem w zorganizowaną koszykówkę, choć wtedy każda podstawówka miała swój zespół, a boiska były praktycznie wszędzie. To był sposób spędzania wolnego czasu, czy to po szkole, czy w weekendy. Mieliśmy cztery główne, tętniące życiem boiska, zlokalizowane w różnych częściach miasta. Bardzo zżyłem się wtedy z bratem, DeRonnie Turnerem, starszym ode mnie o cztery lata i w tamtych czasach bardzo oddanym  koszykówce.

Zawsze byłeś wysoki?

Nie. Był taki okres kiedy byłem niski. Idąc do szkoły średniej mierzyłem nieco ponad 175 cm, ale gdy ją kończyłem miałem już prawie 196 cm. W trakcie drugiego roku bardzo urosłem, co w rezultacie skutkowało naprawdę ogromnymi bólami kolan.

Uprawiałeś inne sporty?

W koszykówkę grałem wyłącznie dla przyjemności, bo tak na poważnie to trenowałem futbol amerykański. Tylko przez rok grałem w koszykówkę na uniwersytecie, a zamiana futbolu na koszykówkę była rezultatem bardzo intensywnego wzrastania, rosłem szybko bez wyraźnego przyrostu wagowego. Na ostatnim roku byłem bardzo szczupły i przy wzroście około 196 cm ważyłem 84 kg, w wyniku czego zdecydowałem się porzucić futbol amerykański. Miałem coraz gorsze oceny w szkole, więc ojciec zabronił mi grać do czasu, aż powrócą one do poziomu powyżej średniego. Mój zapał do futbolu tracił swój żar w miarę jak obserwowałem jak chłopaki z drużyny, dzięki siłowni, nabierają masy, ja zaś ciągle byłem tylko wątłym dzieciakiem.

Zdaje się, że twoi rodzice mieli na ciebie bardzo znaczący, pozytywny wpływ?

Zdecydowanie. Mama była nauczycielką oraz wykładowcą w szkole dla dorosłych, gdzie pomagała ludziom zdobyć dyplom wiedzy ogólnej (General Education Development), a ostatecznie została politykiem. Mój ojciec pracował zaś na linii montażowej General Motors. Byliśmy rodziną pracowniczą, żyjącą we wschodniej części Saginaw, tuż za sklepem monopolowym i klubem nocnym. Mój pokój był na tyłach domu, stale dochodziły mnie odgłosy dzikich imprez, wystrzałów z broni czy bójek. To było wariactwo. Niektórzy moi kumple schodzili na złą drogę, w okolicy pojawił się crack, a wtedy zmieniło się wszystko. Zmieniło się całe Michigan, szczególnie zaś Detroit, Flint i Saginaw, które były i są jednymi miast o największej przestępczości. Bogu dziękuję za moich rodziców, było im wtedy bardzo ciężko, musieli być niezwykle ostrożni. Nie chcieli mnie ograniczać i to właśnie nie było łatwe. Straciłem dwóch z moich najlepszych przyjaciół, obydwaj zostali zastrzeleni z powodu narkotyków. Co więcej, mając 14 lat, sam zostałem postrzelony, bo znalazłem się na linii ognia. Później służyłem jako karawaniarz na pogrzebie mojego przyjaciela, Shaki. I ten koleś, który namówił mnie w szkole średniej na grę w koszykówkę, on też został zastrzelony. To wszystko było przebudzeniem dla mnie.

Nie miałbyś nic przeciwko przybliżeniu nam okoliczności tamtego postrzału?

Zostałem postrzelony w wieku 14 lat, to było w 1988 roku. Pamiętam to zdarzenie jakby to było wczoraj. To było dzień po dwudziestej rocznicy zamordowania Martina Lutera Kinga Juniora i był to najgorętszy dzień tamtego roku, temperatura sięgała 30 stopni Celsjusza. Wyszliśmy z bratem na pizzę i przejeżdżaliśmy przez parking pełen restauracyjek, tuż zanim skręciliśmy w lewo, pod nasz blok. Wtedy zobaczyliśmy otwarty bagażnik i usłyszeliśmy strzały. Mój brat prowadził auto, a ja siedziałem przy otwartym oknie na siedzeniu pasażera. Zobaczyłem gościa biegnącego w moim kierunku, podczas gdy trzech innych strzelało do niego. Gdy byliśmy w trakcie wykonywania szybkiego odwrotu, gość, który biegł w naszą stronę, strzelał do tyłu, za siebie, a jedna z kul, która leciała w jego kierunku, trafiła we mnie. Byłem jednym z czterech czy pięciu osób postrzelonych tamtego dnia. Dostałem w szczękę, a kula ostatecznie utkwiła w karku. Później lekarz pokazał mi ją opowiadając o tym, jakim ogromnym jestem szczęściarzem. Miałem totalnie opuchniętą twarz, ledwo ruszałem głową. Okazało się, że zginął handlarz narkotyków; miesiąc czy dwa później musieliśmy zeznawać, oczywiście, niczego nie widzieliśmy. Uciekający koleś nie wsypał strzelających, a sprawa zakończyła się umorzeniem. Tak blisko byłem wtedy śmierci i nikt by nawet za to nie odpowiadał, nikt nie zostałby skazany. To było doświadczenie, które skierowało moje życie na zupełnie inne tory, zbudowało we mnie przekonanie żeby nigdy niczego nie brać za pewnik. Więc nie obawiam się porażki, nie myślę o zwycięstwie. Jedyne co jest dla mnie naprawdę ważne to, czy żyję w zgodzie z samym sobą, czy trzymam się swoich zasad. Mam trzech synów: Darvin Jr., który jest w college’u, 14 letniego Donovana i Dominica, który ma 11 lat. Tak sobie myślę, że kiedy byłem w wieku mojego najstarszego chłopaka odgłosy strzałów z broni palnej były dla mnie stałym elementem każdego wieczoru. Niektóre rzeczy, które widziałem były jakby wyjęte z jakiegoś filmu grozy. W ciągu dwóch miesięcy, w okresie od kwietnia do sierpnia 1988 r., w Saginaw mieliśmy około 50 strzelanin i 21 morderstw, i to tylko we wschodniej części miasta. Ale to nic nadzwyczajnego w stosunku do tego, co działo się w Nowym Jorku, Chicago, LA czy pozostałych miastach, w tamtym pełnym przemocy okresie.

To dopiero niesamowita opowieść… ale gdybyśmy mogli, pewnie trochę nienaturalnie, ale przenieść się z powrotem do koszykówki. Jak udało ci się przystosować do zorganizowanej koszykówki, mimo, że nie miałeś z nią wcześniej do czynienia na poważnie?

Byłem niewymiarowym silnym skrzydłowym, który potrafił grać z piłką i bronić. I do tego byłem szalenie atletyczny. Mój najstarszy syn kończył pierwsze urodziny, kiedy w 1993 roku opuszczałem Saginaw, by zacząć grę na uczelni Texas Tech. Na boisku dawałem z siebie wszystko, ale motywowały mnie inne niż większość zawodników powody. Miałem dziecko do wykarmienia. Nie obawiałem się o zaniedbywanie gry, tylko był to dla mnie sposób na życie. Gra w koszykówkę zapewniała mi stypendium, dzięki czemu mogłem zdobyć wykształcenie i ostatecznie otrzymać szansę gry w NBA. Nie dorastałem tak jak wszystkie te dzieciaki grające obecnie w amatorskich ligach. Większość tamtego czasu spędziłem ganiając po prostu po ulicach. Koszykówka, jako taka, pojawiła się w moim życiu późno ale sądzę, że to właśnie dało mi większe dla niej uznanie i zrozumienie.

„Niewymiarowy" prawdopodobnie w odniesieniu do wzrostu, nie zaś w stosunku do siły czy masy ciała. Kiedy po raz pierwszy przyszła ci do głowy myśl, że pewnego dnia mógłbyś grać w NBA?

To było w lecie 1995 roku, przed rozpoczęciem rozgrywek w Texas Tech. Mój współlokator, Mark Davis, który później grał w NBA przez pięć czy sześć lat, opuścił Tech, na rok przede mną, a jego agent ulokował go w Houston. To było miejsce, gdzie przyjeżdżali wszyscy zawodowcy grali ze sobą treningowo. Miałem szansę żeby do nich dołączyć. To był ten moment, ta chwila, w której już wiedziałem, że będę miał swój wkład w tę grę, w koszykówkę na szczeblu wykraczającym poza rozgrywki akademickie. Sam Cassell, Robert Horry, Kenny Smith i Hakeem Olajuwon, nawet sam Moses Malone − oni wszyscy pojawiali się tam i grali ze sobą. W tych gierkach broniłem przeciwko wszystkim. To była moja domena, moja rzecz. Chciałem być najlepszym obrońcą i grać bez żadnych kompleksów przeciwko każdemu rywalowi. Sądzę, że to było moim darem, na tyle istotnym, że to dzięki temu zrobiłem karierę. Nie chodziło tylko o zdobywanie punktów, ale też obronę, zbiórki, wyprowadzenie ataków. Broniłem przeciwko wszystkim zaczynając od Nicka Van Excela kończąc na Hakeemie, od rozgrywających po środkowych.

Darvin HamCzy ktokolwiek umiał bronić przeciwko Hakeemowi? Podczas rozgrywek NCAA, grając w drużynie z Texas przeciwko Północnej Karolinie o awans do Sweet 16, zaprezentowałeś potężny wsad, w wyniku, którego rozbiłeś tablicę. Fotografię zrobioną w tamtej chwili, umieszczono na okładce magazynu Sport Illustrated i opatrzono opisem: „miażdżące!”. Jaki to miało wydźwięk w rodzinnym Saginaw?

Człowieku, wszyscy przy tym odjechali. Znajomi z sąsiedztwa nie mogli wprost uwierzyć. Moi rodzice byli oniemiali, podobnie jak 87-letnia w tej chwili babcia, Elena Jones, urodzona w 1924 roku. W swoim życiu doświadczyła naprawdę wiele, biorąc pod uwagę pochodzenie naszej rodziny. Możliwości, które obecnie mamy, te wyrażane na okładce Sport Illustrated, przyprawiały ją o prawdziwy zawrót głowy. Nasza rodzina pochodzi z Ludowici w stanie Georgia (ludność to około 1500 osób), gdzie do dziś dzień żyją moi kuzyni. Moi dziadkowie byli farmerami, którzy w czasie Wielkiej Migracji przybyli z południa. Mój dziadek z Mississippi, a babcia z Georgii. Tu nagle, jako farmerzy, zaczęli zarabiać 1 dolara za godzinę, po tym jak wcześniej płacono im 15-20 centów. To pokazuje jak daleko zaszliśmy i jak wiele się dla nas zmieniło.

Skończyłeś college w 1996, po czym nastąpił prawdopodobnie najlepszy draft w historii NBA. Byłeś zaskoczony tym, że nie zostałeś wybrany?

Nie, do cholery! W 1996? Nie, nie. Zacząłem grę od USBL (United States Basketball League) w składzie Jacksonville Barracudas. Eric Musselman (obecny trener Los Angeles D-Fenders) sięgnął po mnie kiedy był jeszcze trenerem Florida Sharks w Sarasocie. Musselman robił tam świetną robotę kreując atmosferę taką jak w NBA, to jak analizowaliśmy nagrania spotkań, sposób w jaki przygotowywaliśmy się do meczów. Także jego ojciec, wielki Bill Musselman, był często w okolicy i wpadał do nas na treningi i mecze. Zdobyliśmy tytuł. Ta liga bardzo rzetelnie przygotowała mnie do letniej ligi NBA.

Jak udało ci się załapać do NBA?

Grałem naprawdę dobrze w rozgrywkach w Rocky Mountain Review w składzie Denver. Trenerem był wówczas Bernie Bickerstaff więc, wraz z innym pierwszoroczniakiem Jeffem McGinnisem, zaproszono mnie później na obóz przedsezonowy. Musieliśmy być wcześnie, dzień po dniu Święta Pracy i zdarzyło się tak, że na miejscu znalazł się również Mike Brown, w swojej pierwszej pracy w roli koordynatora nagrań video. Mike był złaknionym sukcesu, ciężko pracującym mężczyzną, który przekonał Jeffa i mnie do zgody z tezą, że zmęczenie to nic innego jak nieporozumienie. Budziliśmy się o 6 rano biegaliśmy i wyciskaliśmy na siłowni, ćwiczyliśmy na sali z Mike’em różne zagrania i dopiero potem zjawiali się weterani. To, co przechodziliśmy wtedy było prawdziwym piekłem, ale doceniałem jego warsztat pracy, bo w tym co robił nigdy nie szedł na łatwiznę i miało to wyraźne odzwierciedlenie w efektach. Pod koniec tamtego sezonu zostałem wytransferowany, ale przed kolejnym dołączyłem do Berniego i Mike’a w Waszyngtonie. Mike Brown to gość, który do wszystkiego doszedł samemu. Bardzo pracowity. Sam siebie wykreował. Ktoś powinien nakręcić film o nim i o tym jak zdobywał kolejne szczeble kariery.

Swoją karierę koszykarską zakończyłeś w 2008 roku. Jak ją wspominasz?

Pamiętam tylko, że miałem duży wpływ na każdy zespół, w którym grałem. Na początku grałem w Denver i w Waszyngtonie, aż do lockoutu w 1998, kiedy to wyjechałem do Grenady w Hiszpanii, gdzie zdobyłem ogromne doświadczenie, chociaż mówiono mi, że powrót do NBA będzie trudny. Ale wróciłem. W każdym z trzech moich pierwszy drużyn w NBA, musiałem sobie wywalczyć miejsce na sezon. Ostatecznie wylądowałem w Detroit gdzie zdobyłem mistrzostwo, co było czymś zupełnie odmiennym, tak jak i powtórzenie awansu do finału w następnym sezonie. Niestety moje ciało zaczynało się zużywać, w efekcie czego, przed sezonem 2006/2007, będąc na obozie treningowym w New Jersey zerwałem mięsień łydki. Mimo to, zawsze miło wspominam moją karierę zawodniczą. Fani mogą nie rozpoznawać mojego nazwiska, ale zarówno zawodnicy jak i ci, którzy są blisko profesjonalnej koszykówki, znają mój wkład. Nie miałem nic przeciwko roli zadaniowca. Robiłem to spędzając osiem aktywnych lat w NBA. Jestem z tego nad wyraz zadowolony.

Mając w pamięci drogę, którą przebyłeś żeby osiągnąć to wszystko, czy emocje, które pojawiły się po podniesieniu mistrzowskiego trofeum były tym czego się spodziewałeś?

Oczywiście, to było wspaniałe. Nie tylko zwycięstwo, ale też powrót do domu z tymi chłopakami, których mieliśmy w tamtym składzie, był bezcenny. Nazywali nas zgrają wyrzutków i niechcianych zawodników. Byliśmy kolesiami, którzy nigdy nie osiągnęli niczego w lidze. Ale w tym zespole naprawdę było mnóstwo talentu i sądzę, że to była właściwie dobrana ekipa i odpowiednie zaplecze trenerskie. Larry Brown był absolutnie bezlitosny − po tym jak zatrzymaliśmy rywali na 70 punktach w siedmiu kolejnych, zwycięskich dla nas spotkaniach, traktował nas jakbyśmy przegrali dziesięć z rzęd, ale to wszystko później zaprocentowało.

Jak udało ci się przenieść z boiska za linię boczną?

Odbyłem rozmowę z Avery Johnsonem, który był wówczas trenerem Dallas, gdy odbywałem tam swój ostatni obóz przedsezonowego w 2007 roku. Zostałem zwolniony tuż przed startem rozgrywek i wspólnie doszliśmy do wniosku, że mógłbym pracować z młodymi zawodnikami. Ostatecznie zostałem grającym trenerem w New Mexico Thunderbirds, a w następnym roku wezwał mnie David Kahn, obecnie główny menadżer Wilków z Minnesoty. Kahn był właścicielem tamtej drużyny i powiedział mi, że powinienem dołączyć do jego kadry trenerskiej, bo sądził, że mogę być w tym naprawdę dobry, zamiast kontynuować karierę zawodniczą w Ameryce Południowej, co było moim pierwszym wyborem. Przez kolejne dwa lata byłem więc asystentem, odpowiadałem za większość przygotowań przedmeczowych, co naprawdę pokochałem. Pozostawanie w tak bliskim kontakcie z koszykówką bez możliwości gry, nie było dla mnie trudne, w zasadzie − całkowicie mi to odpowiadało. W zeszłym roku miałem przyjemność być głównym szkoleniowcem drużyny z Nowego Meksyku i zdobyłem tu duże doświadczenie.

Darvin, na sam koniec, powiedz jak znalazłeś w Los Angeles, w ekipie Mike’a Browna?

Mike i ja mamy wspólnego znajomego, Bryanta Moore’a, który obecnie pracuje na uniwersytecie w Pepperdine, a kiedyś był rozgrywającym w drużynie Texas Tech. Moore skontaktował się ze mną i dał mi znać, że Mike jest zainteresowany rozmową i ewentualną pracą ze mną. Z miejsca przypadliśmy sobie do gustu. A kiedy jeszcze poznałem resztę składu kadry trenerskiej i okazało się że z nimi wszystkimi lub przeciwko nim grałem, byłem po prostu zachwycony. Teraz  zamierzam wylewać z siebie siódme poty dla niego. Bardzo chciałbym mieć swój udział w zdobyciu, jego pierwszego mistrzostwa NBA w roli głównego trenera. Będę pracował z zawodnikami nad pracą nóg, dynamiką, prawidłową postawą blisko kosza i nad wieloma innymi elementami. Byłem niskim chłopakiem grającym pośród drzew, a mimo to byłem w stanie być efektywnym, dzięki stosowaniu pewnych technik i narzędzi. Chciałbym się tą wiedzą podzielić.

Więcej świeżych informacji o Los Angeles Lakers znajdziesz na naszym fanpage'u na Facebooku.

Komentarze [0]

Aby komentować artykuły na stronie musisz być zalogowany

Lakers.pl on Facebook

Polub nasz profil:

Logowanie / Rejestracja

Zapamiętaj

REKLAMA

Konferencja Zachodnia

TeamWP%GBSeriaDW
1Warriors6715.8170.0W136-531-10
2Spurs6121.7446.0L331-1030-11
3Rockets5527.67112.0W130-1125-16
4Clippers5131.62216.0W729-1222-19
5Jazz5131.62216.0W229-1222-19
6Thunder4735.57320.0L128-1319-22
7Grizzlies4339.52424.0L224-1719-22
8Trail Blazers4141.50026.0L125-1616-25
Zobacz pełną tabelę

Ostatnie komentarze użytkowników

zawisz: Lonzo MVP SL! Kuzma MVP Final games! Dobrze zaczyna się dziać w LAL!

Ingram w All-Rookie Second Team! Komentarz opublikowany: on 18/7/17

marekpic: byłoby super, aczkolwiek niczego nie można być pewnym jeśli chodzi o zmienność zawodników nba

Lakers pewni pozyskania Paula George'a Komentarz opublikowany: on 20/5/17

marekpic: Lonzo Ball jest dobry ale mamy przecież Russela, więc jeśli Boston weźmie Fultza, to lepszym wyborem byłby jednak Josh Jackson, Lakers nie ma obrony a Jackson idealnie pasowałby u nas jako rim protector, chyba że Boston wybiorą Jacksona, to my bierzemy Fultza, lub lakers oddadzą Russela w jakiejś wymianie, to wtedy wybór Balla jest jak najbardziej na miejscu

Kontrowersje wokół Lonzo Balla Komentarz opublikowany: on 20/5/17