Jeżeli ktoś uważał, że zwycięstwo nad słabymi Utah Jazz jest niewystarczającym powodem, żeby twierdzić, że Lakers powoli dochodzą do formy, to już wygrana nad Nowym Jorkiem powinna rozwiać te wątpliwości. W poprzednim sezonie Knicks wygrali najwięcej spotkań od jedenastu lat i po raz pierwszy od ośmiu zagrali w Playoffs. Co prawda zwycięstw tych było zaledwie 42, co na mocniejszym Zachodzie awansu do rozgrywek posezonowych by już nie dało, nie mniej jednak z duetem Anthony–Amare Stoudemire trzeba się liczyć i Knicks nie są chłopcami do bicia, tylko jedną z najmocniejszych ekip w Konferencji Wschodniej, zwłaszcza po pozyskaniu Tysona Chandlera. Mimo to Lakers udało się podtrzymać trwającą od lutego 2007 roku passę zwycięstw nad Nowym Jorkiem, która po dzisiejszym spotkaniu wynosi już 9 wygranych z rzędu. Dla Knicks jest to zarazem najdłuższa, w tej chwili, seria porażek przeciwko jednej drużynie w NBA.
Do zwycięstwa poprowadził zespół Kobe Bryant, który toczył strzelecki pojedynek z Carmelo Anthonym. W pierwszej połowie nie do zatrzymania był ten drugi, zdobywając w tym czasie 18 punktów, ale nawet to nie powstrzymało Lakers przed uzyskaniem sporej przewagi przed przerwą (63-51). Jeziorowcy trafili bowiem w tej części spotkania na niesamowitej skuteczności, kończąc celnie 23 z 32 rzutów (71,8%). W tym okresie rezerwowi Lakers spudłowali łącznie tylko jeden rzut, a żaden z zawodników nie miał więcej niż 2 niecelne rzuty na swoim koncie. Przy wyniku trzymała Knicks tylko duża liczba fauli za strony gospodarzy i celnie wykonywane rzuty wolne. W całym meczu Nowojorczycy stawali na linii aż 41 razy, wykorzystując 34 z tych prób. Mimo to w końcówce meczu można było odnieść wrażenie, że sędziowie są bardziej przychylni Lakers, ale dominowali oni w tylu aspektach gry, że nie miało to żadnego wpływu na końcowy rezultat spotkania.
W każdym z trzech rozegranych dotychczas na własnym parkiecie spotkań, Lakers zatrzymywali rywali poniżej 90 punktów i w chwili obecnej prezentują jedną z najbardziej skutecznych defensyw w lidze. W czterech meczach Jeziorowcy tracili średnio 85,2 punktu na mecz, co daje im czwartą pozycję w rankingu najlepiej broniących ekip, ale każda drużyna z pierwszej trójki rozegrała jak na razie tylko dwa mecze. Dla porównania w poprzednim sezonie, pod wodzą Phila Jacksona, Lakers tracili średnio 95,4 punktu na mecz. Utrzymanie obecnego poziomu będzie ciężkie do zrealizowania przez cały sezon, jednak trener Brown słynie z dobrego przygotowania swoich drużyn do gry w obronie i miło widzieć, że efekty są widoczne od samego początku. Przyjezdni z Wielkiego Jabłka, choć skuteczni na linii rzutów wolnych, to przy bronionych rzutach zaprezentowali się już fatalnie, trafiając tylko 31,3% z gry i 6 z 22 rzutów trzypunktowych (27,3%).
Kobe zakończył występ z 28 punktami na swoim koncie, trafiając na najlepszej w tym sezonie skuteczności z gry (10/17). Do tego dodał 4 zbiórki, 6 asyst (najwięcej w zespole) oraz po przechwycie i bloku. Dzielnie sekundował mu Pau Gasol, który wspomógł go pierwszy w bieżących rozgrywkach double-double w postaci 16 punktów i 10 zbiórek, do których dodał jeszcze 5 asyst i 2 bloki. Hiszpana pod koszami wspierał Josh McRoberts, który rozegrał najlepszy mecz w barwach Lakers, zdobywając 10 punktów, 6 zbiórek, 3 przechwyty i 2 bloki. Warto odnotować również fakt, że Gasol i McRoberts odwalili dobrą robotę w obronie ograniczając drugiego strzelca Knicks, Stoudemire'a. Amare zdobył co prawda 15 punktów, ale trafił tylko 4 z 17 oddanych rzutów i aż 4 razy został zablokowany przez graczy Lakers.
Trzecim strzelcem w ekipie gospodarzy był rezerwowy Steve Blake, który zdobył 11 punktów (4/9 z gry, 3/5 za trzy) oraz zanotował 3 asysty. W drugiej kwarcie niezwykle skuteczny był Metta World Peace, ale był to jedyny fragment meczu kiedy Lakers mogli na nim polegać. World Peace zdobył w tej części meczu 9 punktów, ale był to zarazem jego cały dorobek w tym spotkaniu. Po przerwie spudłował wszystkie rzuty, dwukrotnie został zablokowany, a do tego popełnił trzy straty. Nie miało to jednak na szczęście żadnego wpływu na końcowy rezultat spotkania. Bardzo dobrą zmianę dał za to Jason Kapono, który w zaledwie 14 minut zdobył 9 punktów, na stuprocentowej skuteczności (3/3 z gry, 2/2 za trzy, 1/1 z wolnych).
Po tym jak w pierwszej połowie meczu Lakers nie mogli znaleźć odpowiedzi na Carmelo, tak w drugiej nie stanowił on już takiego zagrożenia i do swojego dorobku dodał tylko 9 oczek. Knicks za to nie mogli sobie poradzić z Bryantem, który w trzeciej kwarcie zdobył 13 z 17 punktów swojej drużyny, popisując się między innymi czteropunktową akcją, trafiając rzut osobisty, po tym jak został sfaulowany przy trójce z prawie 10 metrów. Ta część mecz nie była jednak atrakcyjna dla oka i poza grą Kobego trudno było znaleźć jakiekolwiek pozytywy w grze Lakers. Dzięki temu Knicks nieco zmniejszyli dystans przed czwartą kwartą i przegrywali 72-80. Ostatnią ćwiartkę gospodarze zaczęli jednak od serii 17-3 i po dwóch trójkach z rzędu Steve'a Blake i Matta Barnesa, na nieco ponad trzy minuty przed końcową syreną było już po meczu (97-75). Rezerwowi choć nie ustrzegli się kilku głupich błędów, to dowieźli zwycięstwo do końca, a spotkanie zakończyło się wynikiem 99-82.
Lakers znowu mają dzień odpoczynku i do pracy wrócą na dwumecz z Denver Nuggets. 31 grudnia zagrają na własnym terenie w hali Staples Center, a dzień później gospodarzem będą Nuggets. W obu spotkania w ekipie z LA zagra już środkowy Andrew Bynum, który powróci do gry po czteromeczowym zawieszeniu.
|